Krok 2: Następnie kliknij Odzyskaj dane Androida. Krok 3: Przejdź do zakładki Odzyskaj z uszkodzonego telefonu i wybierz typy plików, które chcesz odzyskać. Jeśli chcesz wszystko, po prostu kliknij „zaznacz wszystko”. Krok 4: Dr.Fone zapyta Cię dokładnie, co jest nie tak z Twoim telefonem.
Sprawdzamy czy telefon obsługuje ładowanie indukcyjne. Jeśli akurat mamy dostęp do ładowarki indukcyjnej, to sprawa jest prosta – kładziemy telefon na panelu indukcyjnym i ładowanie powinno rozpocząć się automatycznie. Żadnego potwierdzania smartfonem, żadnego klikania – procenty od razu powinny zacząć rosnąć w telefonie.
Jeśli już nie możesz włącz, wyłącz lub uruchom ponownie telefon komórkowy za pomocą przycisku zasilania Powiemy Ci, jak możesz to rozwiązać. Można to zrobić na różne sposoby, w zależności od tego, czy chcesz go wyłączyć, ponownie uruchomić, czy po prostu włączyć. Zobaczmy, jak to zrobić w każdym przypadku.
Tak się stało choćby w przypadku dwóch 15-latków ze wsi w woj. lubelskim, którzy w 2015 r. brutalnie zamordowali swojego 71-letniego sąsiada, kiedy ten nie chciał oddać im swoich pieniędzy. W ubiegłym roku sąd skazał jednego sprawcę na sześć lat pozbawienia wolności, a drugiego na pięć (zastosowano nadzwyczajne złagodzenie
. Zakład Poprawczy w Raciborzu to nie przelewki. Trzymetrowy mur, drut kolczasty i monitoring odgradzają wychowanków od świata zewnętrznego. Nie trafili tu za dobre zachowanie – na wolności często byli postrachem okolicy. Poprawczak jest dla nich karą. Ale też szansą – na resocjalizację, wyuczenie zawodu, zdobycie pracy. Przekraczając bramę zakładu nie spodziewaliśmy się po osadzonych niczego dobrego. Wyszliśmy z przeświadczeniem, że zmienili się na lepsze. Zapraszamy do przeczytania o tym co dzieje się za murami raciborskiego poprawczaka – tęsknocie i strachem przed wolnością. Wykonują zlecenia dla dużych zakładów, pracują bezinteresownie dla szkół, udzielają się jako wolontariusze, biorą udział w akcjach charytatywnych. Wychowankowie Zakładu Poprawczego i Schroniska dla Nieletnich w Raciborzu zadają kłam stereotypom. Niegdyś każde osiedlowe podwórko miało swojego niepisanego króla – przeważnie górującego wzrostem i siłą chłopaka, który potrafił porządnie trzepnąć w ucho każdego, kto był na tyle odważny lub głupi, aby mu się sprzeciwić. Trochę inaczej było na moim podwórku przy ulicy Kossaka – u nas przez kilka lat panowało bezkrólewie. Pewnego dnia gruchnęła jednak wieść: Leszek wychodzi! Leszek wychodzi z poprawczaka! Wspomnienie tej gorączkowo przekazywanej z ust do ust wiadomości (tonem pełnym ekscytacji i strachu) pojawiło się w mojej głowie, gdy na początku czerwca zaparkowałem samochód przed Zakładem Poprawczym i Schroniskiem dla Nieletnich w Raciborzu. Masywna metalowa brama. Wysoki, zwieńczony drutem kolczastym mur. Monitoring. „Prawdziwe więzienie, tylko mniejsze” – pomyślałem, przechodząc przez bramę. Jeszcze przed wejściem do budynku spojrzałem na zakratowane okna. „No więzienie…” – pomyślałem raz jeszcze, zastanawiając się, czy tu w ogóle będzie dało się z kimś porozmawiać. Z drugiej strony nasz „podwórkowy król” Leszek okazał się całkiem normalnym, w gruncie rzeczy dobrym chłopakiem – może więc nie będzie tak źle. Pracownik ochrony prowadzi nas do pomieszczeń, w których wychowankowie uczą się zawodu – stolarza lub ślusarza. Przed wejściem do warsztatu stolarskiego witamy się z prowadzącym zajęcia Wiktorem Lwem. Wchodzimy do środka. Chłopaki noszą deski, wbijają gwoździe, piłują, szlifują. Niektórzy zerkają w naszym kierunku, śmieją się, inni odwracają wzrok – ot, typowe reakcje na widok dziennikarzy. Chwilę później poznajemy naszych bohaterów. Na wolności chciałbym być stolarzem Dawid ma 20 lat. Pochodzi z Wodzisławia. Rozmowa z nami trochę go peszy – u progu wakacji ma karę, bo nie wrócił na czas z przepustki. Liczy na to, że chociaż w sierpniu wychowawcy go puszczą – spotka się ze starszym rodzeństwem, dziewczyną, popływa na Balatonie. Dawid lubi pracę z drewnem. – Stolarka to jest taki zawód, który mi się podoba. Chciałbym to robić na wolności – mówi. Wkrótce przystąpi do egzaminu zawodowego. Praktyki się nie boi, gorzej z teorią, ale zapewnia, że da radę. Do raciborskiego poprawczaka trafił dwa i pół roku temu, wcześniej spędził osiem miesięcy w schronisku interwencyjnym nieopodal Lublina. W Raciborzu jest dobrze, ale w Lublinie też nie było najgorzej. W wolnym czasie gra w koszykówkę, czasem obejrzy mecz w telewizji. Interesuje go też informatyka – z uwagą słucha, gdy mówimy o stolarskim centrum obróbczym CNC, które znajduje się na wyposażeniu Stolarni LAZAR w Pawłowie. – Szybko się uczę – mówi. Może kiedyś nauczy się obsługiwać tego typu urządzenia. Na wolność wyjdzie za rok. Przez dwa – trzy lata chce zostać w kraju, zdobyć doświadczenie. – A później do Londynu, bo mam tam kolegę, albo do Holandii – mówi o planach na przyszłość. Oczywiście zabierze ze sobą dziewczynę, bo inaczej „by to sensu nie miało”. Nawet z nudów idzie się do pracy Kolejnego z naszych bohaterów poznajemy w warsztacie ślusarskim. Podczas rozmowy z nami Kamil wykonuje pomiary, nacina, wierci – ma podzielną uwagę i zna się na rzeczy. – Jestem tu tyle lat, że chcąc nie chcąc i tak musiałem się tego nauczyć – wyjaśnia z uśmiechem. Kamil również ćwiczy do egzaminu zawodowego. Jest pewny, że poradzi sobie bez problemu. – Praktyka robi swoje – wzrusza ramionami. W poprawczaku siedzi długo – trafił tu, gdy miał nieco ponad 13 lat. W ostatnim czasie, oprócz wyuczenia się zawodu ślusarza, przeszedł dodatkowe kursy – spawacza i operatora wózka widłowego. Po wyjściu na wolność wyjedzie do Holandii, gdzie wyemigrowała jego najbliższa rodzina. – Wszyscy mi mówią, że z takimi papierami i zdolnościami będę tam dobrze zarabiał – zauważa. W czasie wolnym wykonuje różne dodatkowe prace. Z kolegami z zakładu wziął udział w akcji „Piękne Anioły”, pomagając w remoncie domu osobom potrzebującym. Pracuje też trochę dla zabicia czasu, „bo ile można siedzieć?”. Kiedyś wykonał kwietnik w kształcie bicykla (miejsce na doniczkę znajdowało się nad mniejszym kołem). – W sumie byłem pierwszą osobą, która to tutaj zrobiła i dobrze wyszło. Wcześniej mistrz chciał takie coś zrobić, ale mu chęci zabrakło i ja się wziąłem za pracę – mówi. Wielu chłopaków w warsztacie robi upominki dla swoich najbliższych – stalowe i drewniane róże, ramki, szkatułki. Praca w Eko-Oknach naprawdę fajna Piotrek (imię zmienione) różni się od pozostałych wychowanków tym, że od czterech miesięcy pracuje w Eko-Oknach. Niedawno przedłużono mu umowę na półtora roku. Praca w Eko-Oknach podoba mu się. Woli nocki, bo wtedy czas szybciej płynie. Zapewnia, że nigdy nie wróci do „starego towarzystwa”, że przeszedł już na „dobrą stronę”. Do Raciborza trafił cztery lata i dwa miesiące temu. Zarobione w fabryce pieniądze odkłada – po wyjściu na wolność planuje osiedlić się w Raciborzu, w którym podoba mu się cisza i spokój. Czy będzie tęsknił za życiem w dużym mieście, takim jak to z którego pochodzi? – Nie. Ja już w dużym mieście się wyżyłem i wybawiłem – odpowiada. Piotrek jest wzorowym wychowankiem. Na przepustki zaczął wychodzić już po rocznym pobycie – od tamtej pory nie zawiódł pokładanego w nim zaufania. To procentuje. Jeszcze przed przyjęciem do Eko-Okien pracował w gospodarstwie rolnym na Płoni. Teraz przed pracą jest wypuszczany z zakładu, idzie na autobus, jedzie do fabryki, później wraca. W weekendy, jeśli tylko jest taka możliwość, odwiedza dziewczynę. Ma nadzieję, że uda mu się ją przekonać do przeprowadzki do Raciborza. Choć w poprawczaku spędzi jeszcze rok, myśli już o ślubie z ukochaną. Spokój Lwa – Pracowite chłopaki w tym poprawczaku siedzą – zagajam nauczyciela przedmiotów zawodowych Wiktora Lwa. Ten wyjaśnia, że nie zawsze tacy byli. Gdy chłopcy trafiają do placówki są nastawieni na destrukcję. – Nam chodzi o to, żeby ich przestawić z toru destrukcji na pozytywne myślenie. W większości przypadków to się udaje – mówi. Nie jest to zadanie proste, ale wytrwałość i przykład robią swoje. – Oni często pewne rzeczy wyolbrzymiają. Pokłóci się z dziewczyną na przepustce i cały świat mu się wali, jak to młodzi ludzie – w ich wieku też tak reagowałem. Wtedy trzeba podejść do niego na spokojnie, zadzwonić do dziewczyny, wyjaśnić sprawę. To się udaje – dodaje W. Lew. Rozmawiając z Wiktorem uderza mnie jego spokój, mówi ciszej niż większość ludzi. Zupełnie nie pasuje do mojego wyobrażenia „twardego” wychowawcy z poprawczaka, zaprowadzającego wśród wychowanków wojskową dyscyplinę. Mówię mu o tym. – Ja nie jestem taki spokojny, ja po prostu panuję nad emocjami. Zawsze mi ojciec powtarzał, że jak będę panował nad emocjami, to będę panował nad swoim życiem. Gdy chłopcy tu przychodzą, to jest chaos – rozbuchane emocje, większość ma zaburzenia emocjonalne. Mi się wydaje, że skoro jestem dla nich przykładem, to muszę tak działać, jak chciałbym, żeby oni działali w przyszłości. I tyle – wyjaśnia. Etos pracy i powszechne niedowierzanie Wiktor Lew i pozostali nauczyciele udowadniają wychowankom, że pracując można normalnie żyć i utrzymać rodzinę. Nie są nauczycielami, którzy stoją z boku i ex catedra oceniają pracę swoich uczniów – pracuję razem z nimi, uczą ich współdziałania. Z czasem między uczniami a nauczycieli zadzierzgują się silne więzi, na których można polegać, gdy dochodzi do sytuacji kryzysowych. Takie metody przynoszą lepsze rezultaty niż karcenie i karanie (choć karać czasem też trzeba, np. wtedy gdy nie wrócą na czas z przepustki lub coś zniszczą). Zaszczepienie systematyczności i szacunku dla pracy odgrywa kluczową rolę w resocjalizacji. – Zawsze im powtarzam, że w zmiennych kolejach ludzkiego losu praca jest najważniejsza, bo w życiu różnie może się układać, ale żeby żyć zgodnie z normami społecznymi trzeba po prostu pracować. Bo jak nie ma pracy, to zaczyna się destrukcja i zejście na drogę przestępstwa – mówi W. Lew. Gdy chłopaków uda się już przekonać do etosu pracy, wówczas ich wychowanie staje się prostsze. Z entuzjazmem podchodzą do prac społecznie użytecznych – pomagają w utrzymaniu porządku na cmentarzu na Płoni czy też wykonują prace dla szkół (pomagają w przeprowadzkach, malowaniu placów zabaw itp.). Robią to bezinteresownie. Zdarzają się również zlecenia w sądach – wówczas szukają swojej sędziny, aby móc się pochwalić, co potrafią teraz zrobić. Sędziowie otwierają usta ze zdziwienia, że „taki bandzior” wychodzi na ludzi. Z tym wiąże się również inna anegdota. Podczas wyjazdu do Sądu Okręgowego w Gliwicach jeden z wychowanków powiedział: gdyby mój ojciec wiedział, co ja robię, to by mnie z rodziny wyklął. – Zdarzają się chłopcy z takich rodzin… Ten ojciec innym razem spytał syna, co się z nim dzieje, bo on w wieku 19 lat miał już cztery wyroki karne – przypomina tę historię Wiktor Lew. Życie na wolności Przepustki, wycieczki, prace poza zakładem poprawczym – teoretycznie okazji do ucieczek jest sporo, ale te zdarzają się sporadycznie. Podobnie jest z „niepowrotami”, czyli powrotami z przepustek po terminie – w 95% chłopcy wracają do zakładu o czasie. Zaufanie, którym z czasem są obdarzani wychowankowie ma służyć ich przygotowaniu do życia na wolności. Często zdarza się, że po ukończeniu gimnazjum chłopcy mają możliwość wyjścia na wolność, jednak proszą sąd o pozostanie w poprawczaku – chcą wykorzystać ten dodatkowy czas na ukończenie szkoły zawodowej, przejście dodatkowych kursów, które przydadzą im się w samodzielnym życiu. – Niektórzy przechodzą po kilka kursów „na wszelki wypadek”. Kafelkarza i płytkarza mogą robić od 16 roku życia, spawacza i operatora wózka widłowego dopiero po osiągnięciu pełnoletności – mówi Marek Wypasek, również nauczyciel. Niektórzy nie chcą wrócić, bo pochodzą z biednych rodzin – cenią sobie warunki jakie panują w zakładzie. Nawet po największych chojrakach widać niepokój, gdy nadchodzi dzień wyjścia na wolność. Bywa też tak, że po opuszczeniu zakładu poprawczego wychowankowie popełniają przestępstwo, gdyż myślą, że w więzieniu będzie podobnie jak w poprawczaku. Ale tak nie jest – po odbyciu kary starają się już normalnie ułożyć życie. Jest też druga strona medalu. Po wyjściu na wolność wielu wychowanków powraca w rodzinne strony, do patologicznych środowisk, które przed laty opuścili, ponownie schodząc na złą drogę. Niestety, tak dzieje się w połowie przypadków. Choć 50% skuteczności resocjalizacji to świetny wynik, zarówno w warunkach krajowych jak i europejskich. Dlatego nauczyciele i wychowawcy nie rezygnują – dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, z roku na rok – nieustannie walczą o przyszłość swoich kolejnych podopiecznych, by wyszli na ludzi takich jak Dawid, Kamil i Piotrek. I chwała im za to. Dla nich praca musi mieć sens Nauka zawodu i pracy jako metody resocjalizacyjne przynoszą najlepsze efekty wówczas, gdy wychowankowie mogą wykonać konkretną, przydatną klientowi rzecz. Stąd owocna współpraca Zakładu Poprawczego i Schroniska dla Nieletnich w Raciborzu z większością dużych zakładów pracy w naszym mieście. Kiedyś zleceń było więcej, ale też czasy były inne. – My kiedyś funkcjonowaliśmy jako gospodarstwo pomocnicze. Wtedy byliśmy w ogóle na własnym rozrachunku – cały obiekt na Ostrogu utrzymywaliśmy z naszych wypracowanych pieniędzy. W tej chwili jest mniej tych robót, ale coraz więcej osób prywatnych u nas zamawia. Rzeczy są wykonane dobrze, cena jest konkurencyjna i fama się niesie – mówi Marek Wypasek. Warto o tym pamiętać. Warsztaty stolarski i ślusarski z raciborskiego poprawczaka na zamówienie klienta oferują: wyroby stolarskie – drzwi, okna, altany, ogrodzenia, podłogi, boazerie, meble z płyt meblowych, skrzynie, ramki, wyroby ślusarskie – bramy garażowe, bramy wjazdowe (uchylne, przesuwne), pogrzebacze, konstrukcje schodów itd. Zakład Poprawczy i Schronisko dla Nieletnich w Raciborzu działa przy ul. Adamczyka 14 (tel. 32 415 30 03). Tekst Wojtek Żołneczko | Zdjęcia Paweł Okulowski
Obecny postęp techniki doprowadził do tego, że mamy naprawdę niesamowite telefony.... mam i ja 😁.... i tak się przyzwyczaiłam, że mój telefon jest zawsze ze mną i robi tyle fajnych rzeczy... oprócz oczywiście standardowych opcji jak rozmowy i sms-y... robi zdjęcia.... mam tam internet....w telefonach mamy nawigację...słuchać mogę muzyki .... no po prostu cud miód i orzeszki.... niedługo pewnie i pizze będzie można nimi robić 😜.... przykleiliśmy się do telefonu, albo on do nas.... większość ludzi nie wyobraża sobie życia bez niego. No i traf chciał.... chwilowo nie mam mojego telefonu... dużo nie rozmawiam przez niego... nie rozdaję numeru...mało osób ma do mnie dostęp 😏 dbam o moją prywatność po prostu i tyle.... no ale co odkryłam przez ten brak telefonu???.... że czuję jakiś.... brak.... czuję się zaniepokojona.... nie ma ze mną kontaktu 😲 Na ogół telefon leży i tak mało kto dzwoni... no ale jak go nie ma czuję się nie swojo....i tak naprawdę nie tylko ja tak mam... uzależniliśmy się od bycia w ciągłym zasięgu i kontakcie. A przecież jeszcze w latach 90-siątych żeby mieć telefon stacjonarny to nie było tak od razu....tak hop... nie mówiąc już o latach wcześniejszych.... a telefonia komórkowa dopiero wtedy u nas ruszała.... pamiętam jak miałam pierwszą "komórkę" to wstydziłam się odbierać w autobusie... jakoś się niezręcznie czułam, że wszyscy słyszą o czym rozmawiam... a teraz 😳 ludzie gadają nawet o intymnych rzeczach. Jak ten świat się zmienia.... na ulicach pełno ludzi zapatrzonych i przyklejonych do swoich różnych telefonów .... "ajfonów" i takich różnych sprzętów.... to już zaczyna być choroba cywilizacyjna. No i tak czułam brak kontaktu, że wygrzebałam z szuflady starego samsunga 😂 o boże.... zapomniałam jak się go obsługuje.... wiecie jak ciężko mi napisać sms-a .... trzeba klawisz kilka razy przydusić by wyszła pożądana litera 😬 jak dostaje sms-a to oddzwaniam.... nie odpisuje.... no wkurza mnie takie duszenie tych klawiszy i wychodzą mi nie takie wyrazy bo za daleko poleciałam.... koszmar 😁.... a przecież jeszcze parę lat temu z niego korzystałam. No i tak sobie myślę o tych wszystkich sprzętach.... bez jakich nie możemy żyć we współczesnym świecie....99% ludzi ..... mam namyśli kraje cywilizowane oczywiście....nie wyobraża sobie w obecnych czasach nie mieć telefonu, internetu.... codziennie nie zajrzeć na fejsa... nie luknąć na YouTuba .... uzależniliśmy się totalnie. Ja rozumiem, że nie możemy żyć bez pralki....czy zmywarki.... no kto lubi zmywać, albo prać.... to po prostu sprzęty ułatwiające nam życie.... obecnie wkładasz pranie do pralki i odpoczywasz 😊 No ale telefon 😕....żeby aż tak mi było go brak ....dotychczas myślałam, że tylko mam problem z kawą.... tak ....tak .... uwielbiam poranek zaczynać pyszną kawą z mlekiem.... nic nie poradzę.... no mogła bym poradzić.... ale nie chcę 😎.... kocham taki początek dnia....właściwie to już taki poranny rytuał .....uważałam to za mój jedyny nałóg ......ogólnie to jakiś czas temu cieszyłam się, że pozbyłam się telewizji.... ogłupiacza wielu lat nie oglądam TV.......ale sprawa z telefonem uświadomiła mi jak łatwo się uzależnić od "byle czego".
fot. Adobe Stock – Musisz zrozumieć, że poprawczak to twoja szansa, więc dobrze ją wykorzystaj – w uszach dźwięczały mi słowa baby w średnim wieku ubranej w togę, która po odczytaniu wyroku postanowiła uraczyć mnie cennymi radami na przyszłość. Uważała, że skoro jestem w wieku jej córki, zapewne rozkapryszonej, obrzydliwie bogatej pannicy, to może prawić mi kazania. Ale co ona wiedziała o moim życiu?! Choć w środku dosłownie gotowałam się z wściekłości, udałam, że nie słyszę wypowiadanych przez sędzię głupot. Dochodziła trzecia po południu, miałam piętnaście godzin na pożegnanie znajomych i spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Potem szara mysz z opieki społecznej w towarzystwie policjantki albo nawet patrolu miała odstawić mnie do ośrodka szkolno-wychowawczego wskazanego przez sąd. Podobno z reguły nie uciekano się do tak drastycznych środków i pozwalano rodzicom osobiście odstawić swoje „pociechy”, ale moja mama nie żyła od dziesięciu lat, a tata… Byłoby dobrze, gdyby chociaż spał w domu, a nie jak zwykle, gdzieś na dworcu. – Słuchaj, dziewczyno… – zwróciła się do mnie mysz z opieki, gdy wysiadałyśmy z policyjnej suki pod brzydkim szarym budynkiem. – Potraktuj to jak swoją szansę. Parsknęłam śmiechem – właśnie wsadzali mnie do poprawczaka, a wszyscy dookoła gadali o jakiejś szansie, jakbym jechała na zagraniczne stypendium, a nie do zgromadzenia wykolejeńców. Postanowiłam grać twardzielkę – udawałam, że nie robią na mnie wrażenia ani samo miejsce, ani zacięte twarze dzieciaków skazanych na pobyt tutaj, ani tym bardziej wychowawcy mający niewiele wspólnego z łagodnymi niczym baranki nauczycielami z mojej szkoły. W głębi duszy drżałam z przerażenia na myśl, czy nie stanę się ofiarą linczu Nie byłam typem liderki. Sama nie wiem, jakim cudem udało mi się zjednać sympatię Kaśki i Nikoli w dawnej szkole. Początkowo połączyła nas sympatia do tych samych zespołów i youtuberów, z czasem wagary, papierosy, imprezy, no i gnębienie Julki. Szczerze nienawidziłam tej dziewuchy. Drażniły mnie jej sumienność, dobre oceny i wiecznie przepraszający uśmiech. Idealnie nadawała się do tego, żeby pewnego dnia pójść krok dalej i zamiast wyłudzania haraczy czy poszturchiwań, skopać jej tyłek. Nikola i Kaśka dostały wyroki w zawieszeniu, ponieważ jedynie trzymały Julkę, a potem już tylko bezradnie przyglądały się mojej furii, nie mogąc odciągnąć mnie od dziewczyny. – Chciałaś ją zabić?! – wrzeszczał ojciec, gdy po trzydniowym ciągu oprzytomniał na tyle, żeby zrozumieć, co się stało. – Kim ty jesteś, do cholery? Kim się stałaś? Myślałem, że będziesz lekarką albo prawniczką, a ty… – machnął ręką. Na rozprawę stawił się umyty i uczesany, a w garniturze wyglądał prawie jak ojcowie moich koleżanek. „Twój tata nie jest zły, tylko się pogubił. Tak bardzo kochał Joasię, dla niej skończył podyplomówkę, zmienił pracę i środowisko” – próbowała go tłumaczyć babcia. Szkoda, że nie zrobił niczego dla mnie, przecież ja też cierpiałam! Tęskniłam za mamą, naszymi tajemnicami i spacerami, ciepłymi posiłkami dwa razy dziennie, wakacjami raz do roku, weekendami u babci, pewnością, że rano wyrwie mnie ze snu jej łagodne upomnienie… Rak żołądka z przerzutami na trzustkę i jelita zmiótł to wszystko w ciągu zaledwie pół roku. Po jej śmierci stałam się półsierotą Ojciec jeszcze jakoś się trzymał, próbował prowadzić dom, pilnował moich lekcji, zabierał do kina i na spacery, ale wytrzymał tylko do śmierci swojej matki. Potem rozsypał się i zaczął pić. – Jestem Krystyna Pawlicka – tamtego dnia psycholog z poprawczaka wyciągnęła do mnie chudą, żylastą dłoń. Nigdy nie zapomnę jej stanowczego, pewnego siebie uścisku dłoni i twardego spojrzenia, za którym – co zrozumiałam po kilku miesiącach przebywania w ośrodku – krył się cały ocean serdeczności. Nie matkowała mi, ale od początku czułam, że mogę na nią liczyć, podobnie jak na swojego wychowawcę. Od dziewczyn z grupy dowiedziałam się, że miałam dużo szczęścia, trafiając tutaj. – Sędzia chyba musiała cię lubić – powiedziała Angelika, którą wyznaczono na mojego patrona, czyli kogoś w rodzaju opiekuna. – Tylko tak ci się wydaje, że trafiłaś do piekła, ale nie czekałaś na wyrok w pogotowiu opiekuńczym, gdzie złodziejki, morderczynie i dilerki nie patyczkują się z takimi dziewczynkami jak ty. Nie trafiałaś też do poprawczaka o zaostrzonym rygorze, w którym pokoje przypominają więzienne cele. Nawet nie wiesz, ile miałaś szczęścia w tym wszystkim – uśmiechnęła się. – Ciągle słyszę o tym, że mam dobrze wykorzystać daną mi szansę – mruknęłam. Zaczęłam przedrzeźniać mysz z opieki społecznej i Angelę, ale ta szybko poskromiła moje zapędy i nim zdążyłam dodać do swojego wywodu głupią minę, chwyciła mnie mocno za ramiona i przyparła do ściany. – Słuchaj no, maleńka – w jednej chwili zmieniła się z opiekuńczej, starszej siostry w drapieżnika. – Ciesz się, że rozmawiam z tobą jak z człowiekiem. Nie wiesz, kim jestem, co przeżyłam ani co potrafię, więc musisz uwierzyć mi na słowo. To, co zrobiłaś tamtej dziewczynie, to nic przy moich umiejętnościach. A jeśli je sobie przypomnę, nie będzie czego zbierać z tej ściany… Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła i natychmiast spokorniałam. – Co mam robić? Czego ode mnie chcesz? – zapytałam bliska płaczu. – Ja? Nie chcę niczego. Po prostu rozpakuj swoje rzeczy i ładne ułóż je w szafkach, a potem przyjdź do stołówki. Kucharki coś ci odgrzeją z naszego śniadania. Potem poznam cię z pozostałymi mieszkańcami i objaśnię zasady życia tutaj. Dziewczyny z grupy już znasz. Może nie są twoją rodziną, ale traktuj je z szacunkiem, bo innych bliskich sobie osób długo mieć nie będziesz. Prawie upadłam, kiedy mnie puściła. Szybko zrozumiałam sens słów Angeli Poznając życiorysy innych mieszkanek ośrodka i widząc, jak się zachowują, jak testują cierpliwość opiekunów (w naszym ośrodku były same dziewczyny), doceniłam, że trafiłam pod jej skrzydła. Angela może nie potrafiła wyobrazić sobie swojej przyszłości, ale doskonale wiedziała, czego nie chce. Nie zamierzała wrócić do rodzinnego domu, skąd wiodła droga prosto na ulicę. Jeśli nie w roli prostytutki-alkoholiczki jak jej matka, to dilerki – jak kochanek tejże i jednocześnie sutener. – Będę miała normalny zawód, męża i rodzinę. Pokażę moim dzieciom, czym jest miłość i stabilizacja – podkreślała z taką pewnością w głosie, że trudno było jej nie wierzyć. Słuchając jej i poznając lepiej mieszkanki ośrodka, zaczęłam doceniać nie tylko fakt, że trafiłam akurat do tego poprawczaka. Miałam szczęście, bo dorastałam w domu, o jakim te dziewczyny mogły tylko marzyć. Mój tata popijał z rozpaczy, lecz zawsze mieliśmy na chleb, rachunki, moje podręczniki i ubrania, a on nigdy, przenigdy by mnie nie skrzywdził. Cała jego wina polegała na tym, że był słaby, a im bardziej stawał się bezwolny, tym większa rosła we mnie złość. – Jesteś jak odbezpieczony granat. Tylko czekać, aż wybuchniesz. Może zrobiłabyś ze swoją złością coś dobrego dla siebie? – zapytała psycholożka, kiedy trafiłam do niej po kolejnym swoim wybryku (cóż, nie od razu stałam się grzeczną dziewczynką). Na początku pobytu w poprawczaku starałam się ze wszystkich sił dopiec wszystkim, którym na mnie zależało. Mimo ostrzeżeń Angeli wdałam się w bójkę, próbowałam uciec z ośrodka, przemycić na jego teren alkohol i upić się z trzema dziewczynami, które podobnie jak ja, za nic nie chciały się przystosować. Wrzeszczałam na ojca podczas naszych spotkań, żądając, żeby mnie stąd zabrał, nawet pocięłam się, żeby tylko trafić do szpitala. Szczęśliwie zrobiłam to nieudolnie, więc wystarczyła doraźna pomoc. Nie ma sytuacji bez wyjścia, każda ma jasne strony – Mam krzyczeć, czy wolałaby pani, żebym się popłakała? – ironizowałam podczas rozmowy z panią Krystyną. – A może zaczęłabyś biegać? Pływać albo trenować boks? Mamy tutaj taką sekcję… Same wściekłe dziewczyny. Takie propozycje miałam na myśli, kiedy proponowałam ci pozytywne rozwiązanie – odpowiedziała niewzruszonym tonem psycholożka. Uważałam, że bieganie i pływanie jest dla mięczaków, ale zaintrygowała mnie tym boksem. Jakiś czas wcześniej pozwolono nam obejrzeć film z Clintem Eastwoodem, w którym grał trenera równie jak ja pokręconej dziewczyny, więc oczyma wyobraźni widziałam się już w jej roli. Nauczyciel wuefu nie był przekonany, czy się nadaję. – Złość to nie wszystko, nie masz charyzmy, nie umiesz ciężko pracować ani stosować się do poleceń – zauważył, kiedy pojawiłam się u niego pierwszy raz. Pomogło dopiero wstawiennictwo Angeli i mojego wychowawcy. Długo by opowiadać o tym, co działo się na treningach, jedno jest pewne – przez rok ćwiczeń pod okiem surowego trenera stałam się inną dziewczyną. – Będę miała normalny zawód, męża i dzieci – mówiłam, przyjmując do poprawczaka nowe dziewczyny. W ośrodku skończyłam liceum zawodowe, a po powrocie do domu technikum. Dzisiaj mam 25 lat, zawód (jestem księgową), dobrego męża i synka. Jedyne, o czym teraz marzę, to urodzenie córeczki, ale jak mawia mąż, jeśli ja czegoś chcę, to na pewno tak będzie, więc wierzę, że kiedyś, niedługo, zostanę mamą dziewczynki. Nauczę ją wszystkiego, co wpoiły mi mama i babcia, i czego dowiedziałam się o sobie i życiu w ośrodku szkolno-wychowawczym. Pokażę, że nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko chcieć widzieć jej jasne strony. Czytaj także:Mój syn ma 23 lata i nie rozumie, że ma jeszcze czas na amoryMoja córka ma 3 dzieci. Nie poświęca im uwagi, bo ciągle siedzi w telefonieMam 4 synów. I dzięki Bogu, bo z córkami to tylko problemy
„Skąd masz tę bliznę? – Babcia mnie uderzyła pieńkiem w głowę” – mówi mi nastoletni chłopak o twarzy czterdziestolatka. Takie rozmowy toczy się w poprawczaku – wspomina Zuza Krajewska, która przygotowuje właśnie wystawę z placówki w Studzieńcu. Jakub Korus: Pamiętasz pierwszą wizytę w Studzieńcu? Zuza Krajewska*: - Pojechałam tam pierwszy raz w zaawansowanej ciąży, chyba w ósmym miesiącu. Z moim narzeczonym jeździliśmy wokół tego poprawczaka BWM z przyciemnionymi szybami, to musiało dziwnie wyglądać. Obserwowałam. Cegła, figury Matki Boskiej, konie, stolarnie. Dookoła puszcza i pola, środek niczego. Jak się poczułaś, gdy tam już weszłaś? - Pierwsze rozmowy to była dla mnie miazga. Oni wszyscy mówią o nieszczęściu. I wszyscy się z tego nieszczęścia biorą. Skąd masz tę bliznę? - pytam. Babcia mnie uderzyła pieńkiem w głowę... I ja nie wierzę. Jak to – babcia!? Jak to pieńkiem w głowę!? Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo
czy w poprawczaku można mieć telefon